Soundtracks.pl - Muzyka Filmowa

Szukaj w:  Jak szukać?  



Aby otrzymywać świeże informacje o muzyce filmowej, podaj swój adres e-mail:



Zapisz

Tańczący z wilkami: 30 lat

19 Październik 2020, 18:08






Dziś - 19.10.2020 roku - mija dokładnie 30 lat od premiery "Tańczącego z wilkami" Kevina Costnera. Jeden z najbardziej wpływowych na kulturę społeczną i branżę filmową filmów w historii, oraz - tuż po "Liście Schindlera" Stevena Spielberga - prawdopodobnie drugi najważniejszy film mijających trzech dekad. Ten aż cztero-godzinny (w wersji reżyserskiej, jedynej słusznej, o godzinę dłuższej od wersji kinowej) epicki western nagrodzono aż siedmioma Oscarami (na rekordowe 12. nominacji) w najważniejszych kategoriach - najlepszy film roku, reżyseria, zdjęcia, muzyka, montaż, dźwięk i scenariusz adaptowany.



Kevin Costner na przełomie lat 80` i 90` miał już za sobą duże sukcesy jako aktor. Wystąpił wcześniej w "Nietykalnych", "Silverado", "Polach marzeń" i "Bez wyjścia". "Tańczący z wilkami" był jego reżyserskim debiutem, a Costner zagrał w filmie również główną rolę i go wyprodukował. Film nakręcono na podstawie wydanej wcześniej powieści Michaela Blake`a pod tym samym tytułem, która wtedy nie została dostrzeżona przez rynek. Pisarz pomimo tego został później samemu autorem scenariusza do filmu i otrzymał za niego Oscara.

"Tańczący z wilkami" był jedną z pierwszych tak odważnych prób kinowego rozliczenia Amerykanów z niechlubnymi aspektami historii ich własnego kraju, zmuszał do refleksji i stawiania pytań, a przede wszystkim pomógł kinu przywrócić do łask publiczności western - gatunek uznawany już wtedy za wymarły - a także zmienić nastawienie Amerykanów i widzów na świecie do kultury i tradycji rdzennych Indian. Film wywołał poruszenie szczególnie w Ameryce, prowokując do szerokich dyskusji w skali całego kraju, licznych wykładów i seminariów historycznych, początkując zmianę nastawienia i spojrzenia amerykańskiego społeczeństwa i władz stanowych do ich własnej historii, oraz podejścia do zarządzania i prawnych uwarunkowań indiańskich rezerwatów.

Film przedstawia fikcyjną historię Johna Dunbara, zmęczonego Wojną Secesyjną oficera, który odnajduje chęć do życia wśród członków rdzennego plemienia Siuksów, po czym samemu doświadcza ich tragedii. Dunbar, będąc bohaterem i weteranem wojennym, otrzymuje w 1864 roku od swoich zwierzchników daleko wysuniętą na zachód opuszczoną wojskową placówkę. Szybko orientuje się, że jednak nie jest tam sam. Oswaja spotkanego wilka, którego nazywa "Dwie skarpety" i poznaje się z rdzennymi Indianami. Obawy i wzajemna rezerwa powoli ustępują wzajemnej sympatii i potem przyjaźni, a Indianie finalnie zaczynają traktować Dunbara jak pełnoprawnego członka ich plemienia. Innego zdania są jednak pojawiający się w okolicy amerykańscy żołnierze, którzy po tym wszystkim uważają Dunbara za zdrajcę i renegata.

Costnerowi i jego filmowej ekipie, na czele z operatorem Deanem Semlerem, autorem wybitnych zdjęć kręconych na dziewiczych terenach Południowej Dakoty i Wyoming (to jeden z tych filmów, z których dziś w szkołach filmowych uczą adeptów sztuki operatorskiej), oraz legendarnym hollywoodzkim kompozytorem Johnem Barrym i kostiumografką Elsą Zamparelli - udało się stworzyć wspaniały, przygodowy western, który wytyczył nowe ścieżki w amerykańskim kinie. Film posiada świetnie nakreślone postaci, wywołuje ogromne emocje, ukazuje przepiękne krajobrazy nieujarzmionego jeszcze ludzką ręką Dzikiego Zachodu i daje duże prawo głosu rdzennym Indianom, tępionych kolejnymi dekadami pionierskich podbojów białych kolonizatorów.

To nie był pierwszy film, który w ten sposób podchodził do Indian i Dzikiego Zachodu, ale był pierwszym, który zrobił to z aż takim rozmachem i dbałością o szczegóły. Film Costnera w dużej części nakręcono w oryginalnym, trudnym i praktycznie nieużywanym już rdzennym języku Indian "Lakota", przekazywanym kolejnym pokoleniom tylko przez starszyznę plemienną w jeszcze ostałych, indiańskich rezerwatach. Było to jednym z pierwszych produkcyjnych problemów, jakie napotkał Costner, ponieważ decydenci z kolejnych wytwórni filmowych odmawiali mu, bo obawiali się, że niekomercyjny film i w dużej części z napisami, nie będzie atrakcyjny dla amerykańskiego, leniwego odbiorcy. Costner nie chciał się ugiąć cenzurze i cierpliwie szukał partnerów do sfinansowania całej produkcji, bo był świadomy, że nakręcenie filmu całkowicie po angielsku sprawi, że scenariuszowe subtelności, punktujące różnice kulturowe i psychologiczne między Dunbarem i Siuksami, zostaną skutecznie zniwelowane. Costner chciał też podkreślić rolę języka mówionego i pisanego w utrzymywaniu ciągłości kulturowej plemienia i narodu. W końcu film opowiadał przecież o czymś, co zostało w dużej mierze utracone przez lata mordowania indiańskich plemion przez białego człowieka.

"Tańczącego z wilkami" można streścić za pomocą jednej tylko sceny, w której John Dunbar, nie znając jeszcze wtedy rdzennego języka Indian, pokazuje na migi zaskoczonym Siuksom, że chodzi mu o bizona. Dowiaduje się, że odpowiednikiem tego zwierzęcia w języku Siuksów jest słowo "tatanka", a przy okazji w zamian uczy Indian amerykańskiego słowa "buffalo", czyli "bizon". Całość sceny trwa tylko pół minuty, ale jest to w historii kina jeden z najlepszych istniejących przykładów nawiązywania porozumienia ponad wszelkimi barierami i budowania partnerstwa pomiędzy zupełnie różnymi ludźmi. Filmowa wizja Costnera pokazuje, że nawet jeśli świata Indian już dawno nie ma, Ameryka jest skolonizowana, a jej natura ujarzmiona, nie można nigdy zapomnieć, że wszyscy jesteśmy ludźmi, nawet jeśli myślącymi i żyjącymi inaczej. Nieprzypadkowo Tańczący z wilkami, czyli sam John Dunbar nazwany tak przez Siuksów, przyjmuje od początku filmu perspektywę przysłowiowego małego dziecka, którego oczyma poznajemy po kolei świat indiańskich tradycji - on ich nie wartościuje, nie ocenia, a po prostu chłonie wszystko, co zobaczy.


Oryginalny teledysk do tematu przewodniego w wersji radiowej, przygotowany przez wytwórnię płytową dla celów promocyjnych. Zawiera unikatowe nagrania video z sesji nagraniowej muzyki, oraz materiały zza kulis filmu.

"Tańczący z wilkami" ukazał Indian nie jako morderczych "czerwonoskórych" i dzikusów, ale jako ludzi miłujących pokój i żyjących w zgodzie z naturą o pięknych tradycjach, oraz o bogatym dziedzictwie kulturowym. Nikt wcześniej nie nakręcił tak autentycznego i szczerego filmu o rdzennych Amerykanach. żaden twórca nie zaprosił wówczas nigdy do współpracy tylu prawdziwych Indian - aktorów, aktorów niezawodowych, kaskaderów, konsultantów, treserów koni i zwierząt, hodowców bydła, kowbojów i tłumaczy. Costner, który włożył w projekt dużo własnych pieniędzy, doskonale rozumiał świat westernu i etos kowboja, ale był także świadomy historycznych realiów życia rdzennych plemion wyrzucanych ze swoich ziem przez białych najeźdźców, którzy zbudowali to, co dzisiaj znamy jako Amerykę. Costner rozumiał i wiedział, że nie chce powtarzać mitów i stereotypowych osądów, lecz próbować łączyć i zbudować filmowy pomost między dwoma ludzkimi światami kulturowymi, które w rzeczywistości, jak wiemy z historii, nie potrafiły niestety współistnieć.

Costner zmienił też życie licznej grupie indiańskich aktorów, w części niezawodowych, którzy wystąpili w tym filmie, nierzadko jako debiutanci. Ich twarze znamy dziś z wielu innych późniejszych filmów. Aktorskie drugoplanowe grono otwierał w filmie Graham Greene - aktor z plemienia Oneidów, należącego do Irokezów. Za rolę Kopiącego Ptaka nominowany został do Oscara. Rodney A. Grant z kolei, jako Wiatr we Włosach, pochodzący z rezerwatu Indian Omaha i Winnebago, to postać o wielkiej charyzmie i porywczości, szczególnie pamiętany z przejmująco smutnego i bardzo symbolicznego finału filmu. Duże wrażenie robi też najbardziej znany dziś indiański aktor - Wes Studi, nagrodzony niedawno Oscarem za całokształt twórczości, jako jedyny dotąd rdzenny Amerykanin. Aktor znany jest szczególnie z późniejszych ról w "Ostatnim Mohikaninie" czy "Geronimo". W "Tańczącym z wilkami" zagrał budzącego grozę wojownika z plemienia Paunisów.

Nie da się tego filmu oglądać bez żalu i tęsknoty za tym, co ludzie Zachodu stracili, zanim jeszcze to poznali i jak potraktowali indiańską Amerykę. Nie jest też chyba celem tego filmu oglądanie go bez podobnych uczuć. "Tańczący z Wilkami" to film amerykański, a jednak indiański. Ameryka, którą pokazuje, ma zupełnie inny charakter niż ta, którą znamy z innych westernów. To jest Ameryka pakująca w pośpiechu swoje tipi i przemieszczająca się za wielkimi stadami bizonów, jeszcze wtedy nie wybitych i nie zagrożonych wyginięciem. To też Ameryka związana z naturą i jej rytmem, wierna przyrodniczemu cyklowi, pełna szacunku i naturalnego spełnienia. Taka Ameryka po prostu nie mogła istnieć zbyt długo i historia nam to dobitnie pokazała.

Seans "Tańczącego z wilkami" od samego początku aż do nieskończenie smutnego i symbolicznego finału, unosi wybitna i niezapomniana muzyka legendarnego kompozytora Johna Barry`ego, który za ten soundtrack otrzymał swojego piątego - i jak się okazało ostatniego w życiu - Oscara (i nagrodę Grammy). Statuetkę w trakcie oscarowej ceremonii odebrał z rąk najgorętszej wówczas pary w Hollywood - Kim Basinger i Aleca Baldwina. Z żyjących wówczas kompozytorów filmowych, za filmy fabularne, Barry miał wtedy najwięcej Oscarów na koncie. Trzy lata później również piątego - i jak dotąd ostatniego - Oscara odebrał za "Listę Schindlera" autor "Gwiezdnych Wojen" - John Williams. "Tańczący z wilkami" to dziś opus magnum muzyki filmowej, jeden z najważniejszych i najbardziej legendarnych soundtracków w historii całej branży, który wymienia się jednym tchem obok "Gwiezdnych Wojen", "Ojca Chrzestnego", "Indiany Jonesa", spaghetti westerów i "Misji" Ennio Morricone, "Bravehearta", "Titanica" czy "Władcy Pierścieni" i kilku innych za najważniejsze i najbardziej reprezentatywne dokonanie muzyczne w kinie.



Soundtrack do "Tańczącego z wilkami" był ukoronowaniem 30-letniej wówczas przebogatej kariery najsłynniejszego brytyjskiego kompozytora muzyki filmowej i jednego z najsłynniejszych w ogóle. Barry już wtedy był jednym z najbogatszych twórców w branży, słynął z wystawnego życia, a miliony sprzedanych płyt, a przede wszystkim gaże i tantiemy z wielu słynnych filmów, przyniosły mu fortunę. Niczego wówczas nie musiał już muzycznie udowadniać. Ten autor tematu głównego, muzyki i piosenek do aż jedenastu filmów o Jamesie Bondzie, laureat Oscara za muzykę z "Pożegnania z Afryką" i "Elzy z afrykańskiego buszu", nie był pierwszym wyborem na stanowisko kompozytora do "Tańczącego z wilkami".

Początkowo muzykę do filmu miał pisać autor muzyki do "Conana Barbarzyńcy" i "Polowania na Czerwony Październik" Basil Poledouris, bo twórcom spodobała się jego muzyka do wydanego rok wcześniej, nagradzanego miniserialu "Na południe od Brazos" z Tommy Lee Jones`em i Robertem Duvall`em w rolach głównych. Poledouris musiał jednak zrezygnować z propozycji z powodu konfliktu terminów i innych zobowiązań. Kevin Costner przypomniał sobie wtedy, jakie wrażenie wcześniej zrobiła na nim oscarowa i romantyczna muzyka Johna Barry`ego do niedawnego "Pożegnania z Afryką" i zaprosił wówczas Barry`ego do współpracy. Reżyser pokazał kompozytorowi roboczo zmontowane fragmenty filmu, scenariusz i opowiedział z pasją historie i swoją wizję tego filmu. Słynący już wtedy ze skrupulatnie dobieranych scenariuszy kompozytor przyjął ofertę, w efekcie komponując swój najdłuższy soundtrack w życiu, bo w filmie znalazło się aż 2 godziny muzyki.

Dla Barry`ego ten film był pierwszą pracą po całkowitej, ponad dwu-letniej przerwie spowodowanej ciężką chorobą, która prawie pozbawiła go życia. Kompozytor przeżył pęknięcie przełyku, a o jego życie walczyło trzech lekarzy z renomowanej nowojorskiej kliniki. Barry wiele miesięcy przeleżał w szpitalu i bardzo schudł. Muzykę do "Tańczącego z wilkami" oraz płytę z muzyką finalnie zadedykował właśnie tym trzem lekarzom, a odbierając Oscara również publicznie wymienił ich nazwiska, dziękując za uratowanie życia. W wywiadach później wspominał, że taki film trafia się kompozytorowi raz na całe życie i do końca swojego życia - zmarł w 2011 roku - uznawał ten soundtrack za swoją ulubioną pracę, obok swojego bondowskiego "Goldfingera".

Dla wielu słuchaczy, też i dla mnie, muzyka z "Tańczącego z wilkami" była przed laty początkiem ich miłości do muzyki filmowej i tak jest do dzisiaj, gdy kolejne pokolenia fanów odkrywają majestat, nieskończone piękno i potęgę tej muzyki napisanej z dużym rozmachem na 100-osobową orkiestrę. W 2015 roku, na 25-lecie filmu, amerykańska wytwórnia La-La Land Records wydała po raz pierwszy kompletną muzykę z "Tańczącego z wilkami" na dwóch płytach CD, które zawierały godzinę niepublikowanej dotąd muzyki z filmu w stosunku do zawartości oryginalnego wydania soundtracku, który pojawił się zaraz po premierze filmu na wszystkich nośnikach - MC, CD i LP. Na tym limitowanym do pięciu tysięcy sztuk, rozszerzonym, dwupłytowym wydaniu, znalazło się też miejsce na gratkę dla fanów i kolekcjonerów - kilku utworów alternatywnych, które zostały nagrane, a nie pojawiły się ostatecznie w filmie.



Biblioteka Kongresu USA w 2007 roku wpisała "Tańczącego z wilkami" na swoją listę najważniejszych filmów światowego dziedzictwa kulturowego, jako film "kulturalnie, historycznie i etycznie znaczący". W dzisiejszych czasach takich filmów - bez CGI i bez wybuchów - oczywiście już nikt nie kręci. To był film, który nie dzielił, a próbował łączyć ludzi. Dziś szczególnie - w dobie nagonki na osoby LGBT, wojen, szerzącej się nierówności i nienawiści społecznej - nie ma lepszego momentu, by przypomnieć sobie "Tańczącego z wilkami", zarówno filmowo i muzycznie, właśnie z okazji jego 30-lecia. Gwarantuję, że nikt nie będzie zawiedziony, bo to ponadczasowe arcydzieło i rewitalizacja westernu nakręcona w niedoścignionej do dziś przez nikogo, mistrzowskiej formie.

Tekst: Adam Krysiński

 
Bibliografia:
"Tańczący z wilkami: Western ponad barierami" - Dariusz Kuźma (2015)
"Dances With Wolves: Behind the Scenes" - MGM Blu-Ray (2015)
 


Feniks:

Po latach nadal cenię ten film - z jednej strony nie pozbawiony słabości (naiwności, dłużyzn), z drugiej bezsprzecznie będący wzruszającą audiowizualną ucztą. Natomiast warto pamiętać, że w latach 70. był cały nurt "westernu etnograficznego", pro-indiańskiego, do którego Costner i Blake wyraźnie się odnoszą. Pierwsze z brzegu przykłady to "Człowiek zwany Koniem" z Richardem Harrisem czy "Mały wielki człowiek" z Dustinem Hoffmanem (oba z 1970). Ponadto film Costnera pod względem fabularnym bardzo, ale to BARDZO przypomina "Run of the Arrow" Sama Fullera (1957). No ale niewątpliwie ani Dean Semler nie nakręcił nigdy lepszych zdjęć, ani Barry nie napisał lepszej partytury, a i Costnerowi reżyseria wyszła całkiem zgrabnie (choć oscarowa wygrana z Martinem Scorsese, który wtedy miał wirtuozersko nakręconych "Chłopców z ferajny", nadal po latach jest dyskusyjna). Natomiast też należę do pokolenia, dla którego od "TzW" zaczęła się fascynacja muzyką filmową. To doskonały start - przebogata, epicka, poruszająca kolosalna symfonia, która do dziś figuruje w moim TOP 5. A, no i podając źródła internetowe - daje się linki. Taki dobry zwyczaj.

Pedro:

Kocham ten film i soundtrack, ale nie ma mojej zgody na wciąganie tego, jakże pięknego i niemal poetyckiego obrazu odchodzącego świata prerii i Indian w ideologiczne wojenki pomiędzy przedstawicielami prawicy i lewicy. Naprawdę znajdzcie sobie inny obiekt do wykorzystywania w swojej agendzie, bo zagarnęliście już dosłownie każdą dziedzinę życia. Litości.


Soundtracks.pl

© 2002-2020 Soundtracks.pl - muzyka filmowa.
Wydawca: Bezczelnie Perfekcyjni